Tego STALAKTYTU już nie ma, a SAŁATA była pyszna!
KALYMNOS – od kilku lat modna wspinaczkowo wyspa. Z naszego wyjazdu na wyspę najbardziej zapadł mi w pamięć właściciel kwatery, który jeździł jakimś kombi i miał siedzenie bez oparcia, poza tym miał stukające podeszwy nóg, czyli stopy – chodził boso – resztę zrobiła morska woda, słońce oraz piasek i pył z wyspy.
Aha – wrażenie zrobiła na nas grupa nielegalnych emigrantów z Iraku, którzy dobili do wyspy uciekając przez Turcję. Opowiadali zatrważające historie o terrorze Saddama H. i o tym jak się żyje w mieście, na które co jakiś czas spada rakieta – mająca zlikwidować terrorystów – a zabijająca cywilów, w tym członków ich rodzin. Ponad 15 osobowa grupa mieszkała w pokoju obok, monitorowana codziennie przez policję, która co dzień ich legitymowała i dowoziła jedzenie – oni nie mogli się ruszyć na krok (i tak byli na wyspie). No nic, polityka na bok.
Na KALYMNOS spędziliśmy 10 prawie w 100% słonecznych dni. Wyjazd towarzysko idealny, wspinaczkowo też, kulinarnie również. W pamięci utkwiła mi bardzo fajna, niezbyt trudna droga, ale cudownie długa – ponad 40m! Nazwy nie pamiętam, wyceny też nie, jedynie fantastyczny STALAKTYT, który wisi/wisiał na około 35m drogi i umożliwiał wygony NO HAND REST w półszpagacie. Podobno ów stalaktyt urwał się z hukiem i już go nie ma. Droga biegnie w lekkim przewieszeniu, więc no-hand się przydaje. Mimo niezbyt dużego przewieszenia, zjazd z drogi, pamiętam jako dość emocjonujący – wahadła przy wypinaniu ekspresów były całkiem, całkiem. Byle nie wypiąć ostatniego… można nie przeżyć, a na pewno porządnie się skontuzjować – z partnerem włącznie. Jest alternatywa – aby powypinać ekspresy z mocno przewieszonej drogi – trzeba po prowadzeniu i ostatniej wpince: zjechać, ZMIENIĆ KONIEC LINY, ponowne wspiąć się do stanowiska, wypinając ekspresy (BEZ WYPIĘCIA OSTATNIEJ WPINKI!!!) i zjazd w dół, już bez wahadła.
This slideshow requires JavaScript.










